Rynek funduszy inwestycyjnych potrzebuje radykalnych zmian

24 grudnia 2008 · Kategorie: Wieści z rynku 

Bessa obnażyła wiele słabości funduszy inwestycyjnych. Dała też towarzystwom lekcję pokory. Rynek TFI czekają fuzje i przejęcia, likwidacje funduszy i przetasowania w portfelach.

Można się też spodziewać rezygnacji z agresywnej sprzedaży jednostek oraz modyfikacji systemu wynagradzania zarządzających.

Licząc od 30 czerwca 2007 r., czyli mniej więcej od szczytu ostatniej hossy, do 30 listopada 2008 r., na kiedy datowane są ostatnie dostępne dane, aktywa funduszy inwestycyjnych stopniały o 49 proc., ze 140 mld zł do 71,5 mld zł. Na trwającej bessie dotkliwie ucierpiała większość towarzystw. Pod względem skali ograniczenia biznesu najbardziej dała się ona we znaki średnim graczom. Największym przegranym jest Millennium TFI. Jego aktywa w 17 miesięcy stopniały o 73 proc, z 6,2 mld zł do 1,7 mld zł. Ponad dwie trzecie aktywów wyparowało także z AIG TFI.

Niektóre - przede wszystkim małe - podmioty zanotowały niewielki spadek wartości aktywów albo wręcz cieszą się ich wzrostem. Nie licząc towarzystw, które w tym czasie powstały, oraz tych, które oferują tylko fundusze zamknięte, głównie tworzone dla konkretnych inwestorów, najlepszy wynik ma na koncie Noble Funds TFI. Wartość zgromadzonego w jego funduszach majątku w 17 miesięcy wzrosła o 93 proc., z około 370 mln zł do około 710 mln zł.

Brak promocji da się odczuć

Co - poza dekoniunkturą na niemal wszystkich rynkach finansowych świata - decydowało o tym, w jakim stopniu topniały aktywa, jakimi zarządzają poszczególne TFI?

W Millennium TFI, jak wskazuje prezes Robert Borecki, znaczenie miał niższy niż u konkurentów poziom zakupów jednostek. Powód? - W okresie pogarszania się koniunktury powstrzymywaliśmy się od agresywnego promowania wśród sprzedawców funduszy z udziałem akcji, czekając na wyraźniejsze symptomy zwiastujące zakończenie bessy - tłumaczy.

Towarzystwo zrezygnowało również z jak najszybszego uruchamiania i oferowania nowych produktów. Na przykład sprzedaż nowego funduszu Millennium Średnich Spółek Europy Środkowo-Wschodniej rozpoczęła się po sześciu miesiącach od jego rejestracji. To był ostatni dzwonek ze względu na wymóg ustawowy. Sprzedaż odbyła się praktycznie bez promocji. - W tym czasie wielu naszych konkurentów prowadziło nieprzerwaną aktywną promocję funduszy akcji i nowych produktów. Robili to na przykład pod hasłem “zbliżającego się końca spadków”. Wielu klientów TFI nabywało te fundusze w okresie od lutego do maja 2008 r., a więc tuż przed największymi spadkami - dodaje szef Millennium TFI.

Jako przyczynę relatywnie dużego zmniejszenia sprzedaży prezes Borecki wskazuje także to, że główny dystrybutor jednostek funduszy towarzystwa, czyli Bank Millennium, oferował w tym czasie szeroką paletę produktów oszczędnościowych. Ten problem dotyczył zresztą i pozostałych towarzystw, które należą do bankowych grup kapitałowych. Prezesi banków za jeden z głównych celów obierają pokazanie jak najlepszego wyniku finansowego w skonsolidowanych sprawozdaniach finansowych. Siły sprzedażowe kierują w stronę tych produktów, którym w danym momencie koniunktura sprzyja najbardziej i gdzie można najwięcej zarobić. W ostatnich miesiącach hitem sprzedaży były lokaty z rocznym oprocentowaniem na poziomie nawet 10 proc. Fundusze, które w ogromnej większości pokazywały w skali roku dwucyfrowe straty, automatycznie w okienkach bankowych poszły w odstawkę.

Umorzenia i słabe zarządzanie przeszkadzają

Wpływ na wielkość zarządzanych aktywów miało też saldo wpłat i wypłat w funduszach. Przewaga umorzeń jednostek nad ich zakupami w całej branży sięgnęła prawie 25 mld zł.

W ujęciu procentowym pod względem przepływów środków najsłabiej od końca czerwca 2007 r. wypadło Superfund TFI, małe towarzystwo oferujące wciąż dość unikatowe na polskim rynku strategie hedgingowe. Klienci w tym czasie wycofali ponad 120 mln zł więcej, niż wpłacili do jego funduszy. To aż 45 proc. wartości aktywów towarzystwa z końca pierwszego półrocza zeszłego roku. - Dużo pieniędzy odpłynęło w sierpniu 2007 r. Nie ma to jednak związku z ewentualnymi obawami naszych klientów. Spadek spowodowany był wyłącznie tym, że jeden klient wpłacił 25 kwietnia 2007 r. 114 mln zł na krótkoterminowy okres inwestycyjny i 2 sierpnia 2007 r. odkupił jednostki uczestnictwa wycenione na prawie 106 mln zł - wyjaśnia wiceprezes Maciej Brysławski.

Millennium TFI zanotowało jedno z największych, w ujęciu procentowym, ujemne saldo zakupów i umorzeń jednostek - na poziomie blisko 40 proc. W przypadku AIG TFI i SEB TFI, których aktywa stopniały odpowiednio o 67 i 65 proc., ujemne salda wpłat i wypłat względem wartości aktywów z końca czerwca 2007 r. były mniejsze: 17 i 30 proc. Oznacza to, że za “wyparowanie” aktywów w większym stopniu odpowiedzialne są wyniki zarządzania funduszami. W AIG TFI dodatkowym czynnikiem jest większy niż średnia na rynku udział “aktywów akcyjnych” w całym majątku zgromadzonym w funduszach. Aktywa lokowane na giełdach papierów wartościowych straciły w czasie bessy najwięcej.

Pod względem wartości bilansu wpłat i wypłat negatywnym rekordzistą jest nie największe, ale drugie co do wielkości towarzystwo na rynku, czyli BZ WBK AIB. W jego przypadku klienci wycofali z funduszy o 6,7 mld zł więcej, niż do nich zanieśli. Jest kilka przyczyn tego wyniku. Po pierwsze, aktywa funduszy Arka są w większym stopniu niż na przykład w przypadku Pioneera (skąd odpłynęło 6,4 mld zł) “akcyjne”. A to właśnie z funduszy akcji i mieszanych klienci wycofują najwięcej pieniędzy. Z drugiej strony, BZ WBK AIB TFI dużą część klientów przyciągnęło w ostatnich miesiącach hossy. Konkurenci mówią, że stało się tak głównie za sprawą agresywnej reklamy. Przez to wielu klientów BZ WBK AIB TFI swoją historię inwestycyjną zaczęło od spadków. Oni też stracili najwięcej, bo wcześniej nie mieli okazji zarobić. Tacy klienci szybciej decydują się na ucieczkę z funduszu.

Lekcja dla dystrybutorów

Specjaliści wskazują, że dzięki doświadczeniom z trwającej bessy jest szansa, by w przyszłości poprawie uległa komunikacja z klientami. Niektórzy wierzą, że dystrybutorzy jednostek wyciągną wnioski na przyszłość. Ich zdaniem, nie ulega wątpliwości, że w pierwszej połowie ubiegłego roku popełniono olbrzymi błąd, kierując ofertę funduszy akcji, w szczególności małych i średnich spółek, do klientów, którzy nie powinni ich kupować, bo nie mieli pojęcia, co kupują i z jakim ryzykiem wiąże się taka inwestycja.

- Szalona hossa rządzi się swoimi prawami i zawsze będzie tak, że na jej szczycie na rynek bezpośrednio czy też poprzez fundusze przyjdą najmniej doświadczeni inwestorzy skuszeni wysokimi, historycznymi stopami zwrotu. Ale z pewnością zarówno niektóre TFI poprzez agresywną reklamę, jak i dystrybutorzy, w szczególności banki, poprzez niedostosowanie oferty do potrzeb i oczekiwań klientów zrobili mnóstwo krzywdy rynkowi - uważa Marek Mikuć, wiceprezes Allianz TFI.

Prezes innego towarzystwa także liczy na to, że bessa dała lekcję bankom. - Może przedstawiciele banków zrozumieją, że nie należało robić konkursów sprzedażowych wśród pracowników i nagradzać tych, którzy “zgarną” najwięcej pieniędzy z prowizji. Może zrozumieją też, że sprzedawcy, zarówno w okienkach, jak i w private bankingu, powinni posiadać chociaż elementarną wiedzę na temat rynków finansowych - mówi prezes, który nie chce jednak występować pod nazwiskiem.

Specjalistów nie przekonują argumenty, że klienci sami chcieli kupować jednostki funduszy akcji. - Oczywiście, że byli tacy, którzy sami chcieli mieć same fundusze akcji, ale bez agresywnej sprzedaży nie byłoby mowy o takiej skali napływu kapitału, jaka miała miejsce w końcówce ostatniej hossy - wyjaśnia Marek Mikuć.

Lokaty w obrębie grupy kapitałowej pomagają

Chociaż na rynku zdecydowanie przeważają gracze, którzy zanotowali odpływ klientów, są jednak i takie towarzystwa, którym udało się pozyskać nowe środki. Rekordzistą, jeżeli chodzi o saldo wpłat i wypłat, jest Noble Funds TFI. Od szczytu hossy jest ono dodatnie i wynosi około 800 mln zł.

- W II połowie 2007 r., kiedy nasi konkurenci borykali się z coraz dłuższymi kolejkami klientów chcących wypłacić z funduszy pieniądze, do naszego TFI cały czas szerokim strumieniem napływał kapitał, a równocześnie jego odpływ był relatywnie niewielki. Działo się tak w dużej mierze dzięki naszym dobrym wynikom historycznym na tle konkurencji oraz dobrej współpracy z sieciami dystrybucji i dołączaniu nowych sieci - mówi Mariusz Staniszewski, prezes towarzystwa, które działa od jesieni 2006 r. W jego funduszach zgromadzone są relatywnie nieduże aktywa, a takimi zarządza się łatwiej niż większymi ze względu na większą elastyczność, możliwość szybszego reagowania na zmieniającą się sytuację rynkową i bardziej efektywne oddziaływanie pojedynczymi decyzjami na wycenę portfela.

W 2008 r. zdarzały się miesiące, które Noble Funds kończyło z dodatnim saldem zakupów i umorzeń. Per saldo w tym roku towarzystwo wyszło mniej więcej na zero.

Relatywnie niewielki spadek wartości aktywów od szczytu ostatniej hossy zanotowało także inne małe towarzystwo - SKOK TFI. To w dużej mierze również zasługa przewagi w okresie od szczytu hossy do dzisiaj zakupów jednostek nad ich umorzeniami. Ale nie tylko. - Niezwykle istotnym elementem jest fakt, że sporo środków zgromadzonych w naszych funduszach pochodzi od inwestorów instytucjonalnych, którzy trzymaną u nas część swojego portfela inwestują długoterminowo - wyjaśnia Grzegorz Irczuk, rzecznik prasowy SKOK TFI. Duża część działalności towarzystwa polega na lokowaniu nadwyżek spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych. O dodatnim saldzie w CU TFI także zdecydowały przepływy kapitału w ramach grupy.

Nowa struktura aktywów mocno odchudzi portfele TFI

Pewnym zaskoczeniem może być to, że najwięcej kapitału w czasie bessy straciły nie najbardziej agresywne fundusze akcji, ale podmioty mieszane, czyli zrównoważone i stabilnego wzrostu. Ich portfele na koniec listopada tego roku były w porównaniu z końcem czerwca 2007 r. lżejsze o 35 mld zł, czyli o 53 proc. Funduszom akcji ubyło 31 mld zł. W ujęciu procentowym straciły jednak więcej, bo 64 proc. aktywów. Aktywa funduszy obligacji stopniały o 10 proc., a funduszy rynku pieniężnego - o 4 proc.

Taki bilans istotnie zmienia ogólną strukturę aktywów funduszy. Podczas gdy jeszcze na koniec czerwca 2007 r. aktywa funduszy akcji i mieszane stanowiły 82 proc. wszystkich środków trzymanych w TFI, o tyle na koniec października 2008 r. było to już 67 proc. Skutek?

Aktywa trzymane przez klientów w funduszach akcji i mieszanych przynoszą towarzystwom największe zyski - opłaty za zarządzanie są w ich przypadku najwyższe. Zmiana struktury aktywów może pogłębić spadek przychodów TFI, wywołany ogólną zniżką wartości aktywów funduszy.

- Myślę, że zmiana struktury aktywów funduszy nie tylko pogłębia spadek przychodów towarzystw funduszy inwestycyjnych, ale jest wręcz jego główną przyczyną. Zniżka wartości tzw. aktywów wysokomarżowych wywoła przede wszystkim spadek rentowności towarzystw - uważa Mariusz Staniszewski, prezes Noble Funds TFI. Chodzi o wskaźnik obrazujący, ile towarzystwo średnio zarabia na czysto z jednej złotówki wpłaconej do jego funduszy. - W 2007 r. średnio na rynku było to około 1 proc. Podejrzewam, że w 2008 r. będzie to już około 0,5 proc. - szacuje Mariusz Staniszewski.

- Do struktury aktywów, jaka miała miejsce w 2007 r., wrócimy pewnie dopiero za długie lata. To oznacza, że perspektywa powrotu zysków TFI do poziomów z minionego roku także jest bardzo odległa - mówi Tomasz Korab, wiceprezes Opera TFI.

Gdyby nie wysokie opłaty, większość TFI byłaby pod kreską

- Wysokie zyski TFI to już historia. Taki rok jak 2007 dla branży już się nie powtórzy w najbliższej dekadzie. Niektóre TFI będą musiały “się sprzedać” lub w inny sposób wycofać się z rynku - uważa Konrad Łapiński, zarządzający funduszem Total FIZ w Ipopema TFI.

W 2007 r. branża TFI zarobiła na czysto 1 mld zł. Jak pisał “Parkiet”, towarzystwa coraz większymi krokami cofają się do progu rentowności. KBC TFI już wie, że pokaże w tym roku stratę. SEB TFI, choć w skali roku pokaże zysk, listopad i grudzień zakończy pod kreską. Stale poszerza się grono ekspertów, którzy twierdzą, że konsolidacja branży jest nieunikniona. Pod młotek mają pójść nierentowne towarzystwa.

Miałyby zostać kupione przez inne TFI, które są w stanie pokryć straty finansowe, a jednocześnie skorzystać na automatycznym zwiększeniu skali biznesu. Uznaje się bowiem, że w tym biznesie - jak w żadnym innym - można wykorzystać efekt skali. Niezależnie od wielkości aktywów w funduszach, koszty stałe ich utrzymania są takie same. Jednocześnie wzrost zgromadzonego od klientów majątku wywołuje wzrost przychodów i zysków dla TFI z tytułu opłaty za zarządzanie.

Jakie konsekwencje może nieść wizja drastycznego spadku zysków TFI? Czy klientów czekają podwyżki opłat? Chodzi przede wszystkim o opłaty za zarządzanie, bo to tylko na nich tak naprawdę towarzystwa zarabiają (standardem rynkowym jest, że 100 proc. opłaty dystrybucyjnej i około 50 proc. opłaty za zarządzanie trafia do kieszeni dystrybutora). Szefowie TFI twierdzą, że nie będą podnosić stawek. Ucichły jednak także głosy o tym, że będą je obniżać - a jeszcze przed rokiem mówiono, że opłaty wkrótce pójdą w dół.

- Gdyby stawki za zarządzanie w zeszłym roku rzeczywiście zostały obniżone, to pewnie ten rok tylko pięć towarzystw zakończyłoby na plusie, kolejne pięć walczyłoby o utrzymanie rentowności, a cała reszta kończyłaby rok zdecydowanie na stratach - komentuje Mariusz Staniszewski.

Nierentowne fundusze do likwidacji

Niemało jest funduszy, z których przez ostatnie 17 miesięcy “wyparowała” ponad połowa aktywów. Większość inwestuje w akcjach tzw. Europy Wschodzącej. Na zniżce wartości ich aktywów zaważyły przede wszystkim spadki indeksów tamtejszych giełd papierów wartościowych. Przykłady: CU Akcji Europy Wschodzącej, UniSektor Nieruchomości: Nowa Europa i Pioneer Akcji Rynków Wschodzących są na około 70-proc. minusach.

Po drugiej stronie rynku znalazły się przede wszystkim fundusze uznawane powszechnie za bezpieczne. Na przykład aktywa DWS Gotówkowy czy BPH Obligacji 2 zyskały w tym czasie po około 80 proc. Eksperci mówią, że - w zależności od polityki kosztowej towarzystwa - by pojedynczy fundusz był rentowny, czyli nie przynosił TFI strat, powinno w nim być zgromadzone minimum 30 mln zł. Po zniżkach aktywów w ostatnich miesiącach funduszy z aktywami tego rzędu i mniejszymi nie brakuje. Według danych na koniec października tego roku, działało około 200 funduszy z aktywami poniżej 30 mln zł. Są wśród nich na przykład DWS Top 50 Europa oraz DWS Euroobligacji, które w grudniu zostaną zlikwidowane. Już rozwiązany został SEB6 Eurolokata.

Alternatywą dla likwidowania funduszu jest połączenie go z innym. - Trzeba analizować rentowność poszczególnych funduszy. Możliwe będą połączenia niektórych podmiotów zbliżonych do siebie polityką inwestycyjną w celu ograniczenia związanych z nimi kosztów stałych - mówi Robert Borecki, szef Millennium TFI. Koszty stałe to przede wszystkim wynagrodzenie audytora i depozytariusza. W obecnej bessie kilku połączeń funduszy dokonało już na przykład Pioneer Pekao TFI.

Bessa uderzyła w ego prezesów

- Bessa “sprowadziła na ziemię” wielu ludzi z branży TFI, łącznie z zarządami. Ostatnia hossa i dynamiczny rozwój branży sprawiły, że czuli się nietykalni. Zaczęli myśleć, że eldorado będzie trwało wiecznie - zauważa Mariusz Staniszewski. Tłumaczy, że podczas gdy jeszcze na początku tej dekady stanowisko prezesa TFI w hierarchii szefów zajmowało daleką lokatę (po prezesie banku, ubezpieczyciela i towarzystwa emerytalnego), to w 2007 r. przy aktywach branży na poziomie 140 mld zł, bardzo mocno zyskało na prestiżu. Problem tkwi więc w tym, że niewiele osób rozumiało, że jest to branża najsilniej narażona na zmiany koniunktury.

Pierwsze zmiany personalne na stanowiskach prezesów TFI już za nami. Jak dotąd, z funkcją prezesa pożegnali się Antoni Leonik z SEB TFI oraz Cezary Burzyński z PKO TFI. W obu przypadkach za oficjalne przyczyny podaje się “chęć podjęcia nowego wyzwania”. Na rynku coraz więcej pojawia się spekulacji na temat “kto następny”.

Równocześnie w niektórych towarzystwach cięcia kosztów bezpośrednio uderzają po kieszeniach prezesów.

Sebastian Buczek, prezes najmłodszego z towarzystw, Quercus TFI, wcześniej szef ING TFI, niemal do zera ograniczył swoje wynagrodzenie w ostatnich miesiącach. Choć nie widać na razie, by prezesi towarzystw tracili przywileje, w nieoficjalnych rozmowach przyznają, że w 2009 r. będą jeździć tymi samymi samochodami służbowymi co i w tym roku. W przeszłości z początkiem kolejnego roku dostawali nowszy model.

Zarządzający już godzą się na niższe pensje

Kłopoty pojawią się także na rynku pracy zarządzających. - Tylko ci, którzy potrafią chronić kapitał w bessie i pomnażać w hossie, będą na wagę złota - mówi Konrad Łapiński.

Jeszcze przed rokiem zarządzający cenili się wysoko i często za mniej niż 30 tys. zł brutto pensji miesięcznie nie chcieli pracować. Dziś to się zmienia. Jak wynika z informacji “Parkietu”, dwóch zarządzających, którzy w drugiej połowie tego roku podjęli nową pracę, zgodziło się na pensje niższe od tych, jakie chcieli otrzymać. Ich wynagrodzenia u poprzednich pracodawców były wyższe. - Odszedłem dobrowolnie z poprzedniego towarzystwa, bo byłem pewien, że znajdę na rynku pracę, w której atmosfera oraz zakres swobody działania w obszarze decyzji inwestycyjnych będą mi bardziej odpowiadały i w której zarobię co najmniej tyle samo - mówi nam jeden z nich.

Bessa pokazała również słabość systemu wynagradzania zarządzających. Gdy w jednym roku wypracują niezły zysk, dostają bonus. Gdy w następnym roku pokażą ponadprzeciętną stratę - nikt im tego bonusu nie odbierze. Co najwyżej nie dostaną drugiego.

- Zarządzający, walcząc o bonusy, koncentrują się na walce z konkurentami, co nie zawsze idzie w parze z zarabianiem pieniędzy. W końcówce hossy kupują akcje, bo inni je mają. Znacznie bardziej bowiem boli nie zarobić razem ze wszystkimi, niż stracić też ze wszystkimi - komentuje Marek Mikuć, wiceprezes Allianz TFI. - Doświadczeni zarządzający już pod koniec 2006 r. mówili, że akcje są przewartościowane i tylko kwestią czasu jest załamanie rynku. Ale nie znalazło to odbicia w czyichkolwiek działaniach. Trzeba zauważyć, że zarządzający byli “zakładnikami” swoich klientów i musieli dokonywać inwestycji na rynku akcji w warunkach ogromnego napływu kapitału do funduszy. Obawiam się, niestety, że i bieżąca bessa nic w tym względzie nie zmieni - dodaje.

Na świecie nie ma uniwersalnego sposobu wynagradzania zarządzających. Być może dobrym pomysłem byłoby wypłacanie bonusów w formie jednostek uczestnictwa zarządzanych funduszy z zastrzeżeniem, że mają być przez zarządzającego trzymane, na przykład, przez kolejne trzy lata? - To mogłoby być dobre rozwiązanie - przyznaje Tomasz Korab z Opera TFI. - Generalnie w spółkach odchodzi się od gotówkowych bonusów dla kluczowych pracowników. Premie wypłaca im się w formie akcji, które mają trzymać przez wskazany okres, by dbać w tym czasie o wzrost wartości firmy - wyjaśnia.

Już teraz w niektórych TFI - chodzi przede wszystkim o te prywatne, jak Opera czy Investors - zarządzający poza tradycyjnymi bonusami utrzymują swoje pokaźne oszczędności w funduszach, którymi zarządzają. - Przy takim rozwiązaniu zarządzający dba nie tylko o ewentualne dodatkowe pieniądze, ale i o te, na które już ciężko zapracował. Często są to oszczędności życia - komentuje Tomasz Korab.

Millennium TFI największym przegranym

Przez 17 miesięcy bessy aktywa funduszy Millennium TFI spadły o niemal trzy czwarte. To największy przegrany tego okresu. Do czołówki zestawienia TFI, którym aktywa najbardziej zniżkowały, trafiły także kolejno: AIG, SEB, BPH i DWS. Więcej niż połowę majątku zgromadzonego w funduszach straciły w tym czasie również: BZ WBK AIB, Pioneer Pekao, ING, Superfund, Legg Mason. W tym czasie cały rynek funduszy skurczył się o 49 proc.

Aktywa w dużej mierze ucierpiały na skutek ucieczki klientów z funduszy w czasie bessy. Jeżeli spojrzeć na wartość ujemnych sald wpłat i wypłat względem wartości aktywów z końcówki hossy, najgorzej wypada Superfund TFI. W jego przypadku stosunek ten wyniósł 45 proc.

Ujemne saldo wpłat i wypłat stanowiło więcej niż 30 proc. aktywów w przypadku towarzystw: BPH, Millennium, BZ WBK AIB oraz SEB. W ujęciu kwotowym największą przewagę umorzeń jednostek nad ich zakupami, wynoszącą 6,7 mld zł, odnotowało BZ WBK AIB TFI (fundusze Arka), czyli drugie co do wielkości towarzystwo na rynku. Z największego funduszu, Pioneer Pekao TFI, klienci wycofali o 6,4 mld zł więcej pieniędzy, niż do nich zanieśli.

Hedging czy private equity - na co postawią teraz towarzystwa?

Dla zarządzających jednym z podstawowych tematów rozmów jest teraz to, że strategie inwestycyjne, na które zdecydowała się większość TFI, zawiodły.

- Ostatnich kilkanaście miesięcy obnażyło przede wszystkim słabość strategii benchmarkowych. Gdy spadają indeksy rynkowe, to nie ma możliwości, by te strategie uchroniły kapitał klientów - uważa Konrad Łapiński, zarządzający Total FIZ w Ipopema TFI.

Zgadza się z nim Sebastian Buczek, szef Quercus TFI. - Okazało się, że na naszym rynku za dużo jest strategii inwestowania według benchmarku - mówi.

Okazuje się także, że niektórzy zarządzający, choć początkowo nie mieli tego w planach, ostatecznie uciekali do strategii benchmarkowych. - Są na rynku zarządzający, którzy, gdy już nie mają pomysłu, co robić, gdzie inwestować pieniądze, po prostu “wsiadają na benchmark” - opowiada Tomasz Korab, wiceprezes Opera TFI.

Czy niepowodzenie strategii benchmarkowych popchnie rynek w kierunku innych produktów? Już teraz widać, że jak grzyby po deszczu pojawiają się zamknięte fundusze private equity.

- Nie sądzę, by fundusze private equity zyskały na popularności. To jest bardzo “trudny” produkt dla klienta. W większości przypadków przez pierwsze trzy lata trzeba akceptować straty. Prawda jest taka, że najlepiej kupić certyfikat takiego FIZ-u właśnie po trzech latach jego istnienia, gdy zaczyna przynosić zyski - komentuje Tomasz Korab. Zwolennicy funduszy private equity przekonują z kolei, że są one - choć w długoterminowej perspektywie - źródłem ponadprzeciętnych zysków. Podzielone są głosy co do tego, czy silna przecena giełdowa i widmo dużego spowolnienia gospodarczego, z jakimi mamy dziś do czynienia, sprzyjają rozpoczynaniu tego typu inwestycji.

Na rynku pojawiają się także kolejne produkty o strategiach zbliżonych do hedgingowych. - Bessa pokazała, że wciąż jest u nas za mało tego typu strategii - twierdzi Buczek.

- Rynek powinien iść w stronę funduszy aktywnie zarządzanych, także hedgingowych - wtóruje mu Konrad Łapiński, który sam zarządza tego typu FIZ-em.

Jednak nie wszyscy podzielają ich zdanie. - Aktywne zarządzanie wymaga naprawdę dobrych specjalistów. A takich wciąż jest u nas niewielu. Ponadto nie tylko umiejętności są tu potrzebne, ale także skłonność do podejmowania ryzyka oraz ekstremalna odporność psychiczna. W okresie takich spadków, z jakimi dzisiaj mamy do czynienia, “aktywni” zarządzający w zasadzie od piątku do ponie- działku siedzą w domu jak na szpilkach, czekając, aż ruszą giełdy i okaże się, po której stronie rynku się znaleźli. Jest to ekstremalnie obciążające - opowiada Mariusz Staniszewski, prezes Noble Found TFI. - Aktywne zarządzanie jest bardzo wymagające i tylko nieliczni się na to decydują. Na świecie 80-90 proc. funduszy inwestycyjnych jest benchmarkowych, nastawionych jedynie na selekcję, a nie na timing - dodaje.

- Nie sądzę, by teraz w łasce klientów znalazły się fundusze hedgingowe. Nie zapominajmy, że na trwającej bessie światowe fundusze tego typu pokazały najgorsze wyniki w historii. Wiele z nich przestało w ogóle istnieć. Myślę, że pojawią się próby poszukiwania nowych strategii. Ale żadne rewelacje nie powstaną. Jedynie można liczyć na to, że pojawią się produkty, które choć trochę poprawią relację zysk-ryzyko. Ale nie wiadomo, na ile świetlana będzie ich przyszłość. Miejmy w pamięci, że fundusze hedgingowe, które teraz zbankrutowały, także były dzieckiem poprzednich bess - zauważa Tomasz Korab. Zarządzający zmuszeni do przetasowań w portfelach

Bessa wyraźnie zmienia strukturę portfeli funduszy. W wyniku masowych umorzeń jednostek oraz konieczności uciekania od aktywów, które najszybciej traciły na wartości, wymusza teraz i wymusi w przyszłości wiele przetasowań, na przykład w zakresie doboru spółek określonej wielkości. - Model portfela powinien ewoluować w stronę dużych spółek. Małe będą postrzegane jako ryzykowne ze względu na małą płynność akcji. Najprawdopodobniej w najbliższych 2-3 latach dojdzie do likwidacji funduszy małych i średnich spółek - uważa Konrad Łapiński, zarządzający funduszem Total FIZ w Ipopema TFI.

Zmianie może ulec także liczba spółek trzymanych przez zarządzających. Zdaje się jednak, że taka zmiana będzie miała charakter przejściowy. - Zarządzający mogą na skutek ostatnich wydarzeń i konieczności wyprzedaży nieco zmniejszyć liczbę trzymanych firm, jednak nie będzie to znaczący spadek. Ostatecznie, gdy sytuacja na rynku nieco się ustabilizuje, każde TFI powróci do swojego modelowego stanu, czyli naturalnej dywersyfikacji optymalizującej jego koszty transakcyjne. Niemniej przyjmuje się, że jeśli w portfelu jest więcej niż 30 spółek, to już trudno jest zarządzającemu mieć kontrolę nad sytuacją w każdej z nich. A na szczycie hossy liczba firm w portfelach wielu, szczególnie tych dużych, funduszy była znacznie większa - mówi Tomasz Korab, wiceprezes Opera TFI.

Silnego spadku liczby firm w portfelu nie spodziewa się także Mariusz Staniszewski, prezes Noble Funds TFI. - W czasie recesji, z racji obawy o bankructwa, części firm nie bierze się pod uwagę, a więc siłą rzeczy lista “potencjalnych inwestycji” kurczy się. Na szczęście na GPW jest wystarczająco duża liczba spółek, żeby stworzyć portfel z innych, w tej sytuacji bardziej defensywnych. Ostatecznie więc z agresywnych spółek przechodzi się do defensywnych, natomiast liczba firm w portfelu nie zmienia się znacząco - mówi.

Wtóruje mu Marek Mikuć, wiceszef Allianz TFI. - Ograniczona w czasie bessy płynność powoduje, że w wyniku fali umorzeń i konieczności sprzedaży potężnych pakietów akcji sprzedaje się te, które mają odpowiednią płynność. Oczywiście, jak rynek się uspokoi, to zobaczymy przetasowania w portfelach. Nastąpi powrót do spółek, których akcje się sprzedało z konieczności. Zarządzający będą pozbywać się firm, których się nie udało wcześniej sprzedać z powodu ich niskiej płynności - dodaje.

Bessa odbija się także na poziomie alokacji aktywów funduszy w akcjach. Jak już niejednokrotnie pisaliśmy, wciąż udział papierów udziałowych w portfelach większości funduszy jest bardziej charakterystyczny dla hossy niż dla bessy. - Kiedyś zarządzający częściej stosowali timing i zmienną alokację w akcje, która w funduszach akcji wahała się od 60-70 do 100 proc. Jednak długotrwała hossa spowodowała, że taka strategia się nie sprawdzała, bo ona się nigdy nie sprawdza w długoterminowym silnym trendzie wzrostowym, kiedy notujemy jedną istotną korektę spadkową rocznie. Wtedy lepiej mieć pełen portfel akcji, a nie walczyć z trendem - opowiada Marek Mikuć.

Można się spodziewać, że wkrótce na nowo - wzorem sytuacji sprzed kilku lat, gdy ostatnia hossa dopiero wzbierała na sile - fundusze, np. akcji, będą się między sobą istotnie różniły w zakresie udziału walorów w portfelu. Jednak nie potrwa to długo. - Polaryzacja poziomu alokacji w akcjach będzie wkrótce widoczna. Jednak jak tylko powróci trend wzrostowy, zarządzający będą na nowo podążać za benchmarkiem, w którym na akcje przewidziane jest 90-100 proc. portfela - mówi Tomasz Korab.

Tomasz Publicewicz analizy online

Potrzebne przyzwolenie banków na sprzedaż jednostek

Bessa na giełdzie dość brutalnie obnażyła wiele słabości, cechujących polski rynek funduszy inwestycyjnych. Jedną z najważniejszych jest ukształtowany przez kilka ostatnich lat system dystrybucji.

Z jednej strony mamy sieć placówek bankowych, dzięki którym fundusze rzeczywiście stały się powszechnie dostępne. Z drugiej zaś - lata hossy doprowadziły do sytuacji, w której fundusze sprzedawać mógł niemal każdy i na dodatek mógł robić to pod szyldem doradcy finansowego. Dobra sytuacja spowodowała, że sprzedawcy funduszy często nie czuli potrzeby pogłębiania wiedzy na temat ekonomii, rynków kapitałowych czy różnic cechujących poszczególne produkty. W obu kanałach nabywcy jednostek mieli pozorne wrażenie, że je kupują, a tak naprawdę to fundusze były im sprzedawane. Niby subtelna, ale jakże istotna różnica. Jak między doradcą finansowym i brokerem kredytowym.

Dziś w bankowości zyski, stanowiące koło napędowe sprzedaży funduszy, zeszły na plan dalszy, a to, co się głównie liczy, to odpowiednia struktura bilansu. To dlatego jeden z największych banków może się pochwalić tym, że w ciągu kilku tygodni potrafił pozyskać do produktów depozytowych 8 mld zł. W dużej mierze w wyniku umorzeń w funduszach - często własnego TFI, choć nie tylko.

Czyżby każdy dzisiejszy klient banku potrzebował depozytu? Trochę trudno w to uwierzyć. Podobnie jak w to, że kilkanaście miesięcy temu niemal każdy klient pośredników finansowych potrzebował programu inwestycyjno-ubezpieczeniowego. I dopóki kolejna administracyjna - choć oczywiście biznesowa - decyzja bankierów nie da przyzwolenia na sprzedaż funduszy, nie można liczyć na jakąkolwiek poprawę sytuacji na tym rynku. Przy tak ukształtowanym systemie dystrybucji, gdzie 85 proc. sprzedaży, a dziś umorzeń, przechodzi przez ręce bankowców, to właśnie od nich zależy powrót środków na funduszowy rynek.

Inna sprawa, że same TFI tego nie ułatwiają, oferując drogie rozwiązania, promując często dość “egzotyczne” produkty i dając ciche przyzwolenie na słabe rezultaty pracy części zarządzających.

Natalia Chudzyńska

Źródło: Gazeta Parkiet

Komentarze

Zostaw komentarz